Gdzie pędzisz?

I po co to nam było? Trzeba nam było wracać z tej Ameryki? Z tej maniany, z tej beztroski, z tego piękna i z tych przepyszności? W imię kogo? W imię czego? Rozwoju? Edukacji? Pracy? Lepszego życia? Lepszego niż co? To zachodnie? I że ono niby lepsze? A gdzie to jest niby napisane? Kto tak powiedział? Lepsze w czym? Że niby to zapier…no- zapitalanie od rana do nocy bez opamiętania i oglądania się na to co było wczoraj jest lepsze? To jest lepsze? Serio tak myślisz? Z roku na rok, z dnia na dzień, z minuty na minutę – życie jak zaprogramowane – lepsze? Lepsze niż plaża codziennie rano i świeży owoc z drzewa na śniadanie? Lepsze niż zapierający wdech (i wydech) widok na te górskie szczyty? Niż świeżo palona kolumbijska kawa z rana? Ja nie wiem…
Ale nie, żebyśmy narzekali, nie nie. My chłoniemy. Wiedzę przede wszystkim. Studia to był kapitalny pomysł! Miękkie lądowanie w brutalnej polsko-niemieckiej rzeczywistości. Świat, który nas otacza z niesamowitą prędkością zaczął się nam kręcić. Niby podróż zakończona, a wciąż przemieszczamy się non stop. A to Berlin, a to Poznań, tudzież Przytoczna. Czasem Warszawa, Gdańsk, Zielona Góra czy Olsztyn. Poza tym, tylko w tym roku byliśmy już w Rzymie, Bieszczadach, Hamburgu, Rotterdamie, Wrocławiu, Paryżu, Amsterdamie, Katowicach, Wiedniu, Utrechcie, Białymstoku. Ale to nie koniec. Za dwa tygodnie Barcelona, za cztery Londyn, Olsztyn, Lund, Gdańsk, Malmo i Kopenhaga. Potem chyba Delft i… we wrześniu przeprowadzimy się najpewniej do Warszawy. Bo dojazdy na linii Berlin-Poznań przynajmniej raz w tygodniu są męczące, uwierzcie…

A przy życiu trzymają nas kwitnąca MIŁOŚĆ, pasjonujące zajęcia, dobre perspektywy i pyszna kawa z ekspresu o poranku. Choć ta pierwsza ostatnio przez kurczący się czas wystawiona jest na próbę… Bo oto pierwszą rocznicę przyszło nam spędzać osobno 😦 Przełożono na wtorek!

A Wy? Obejrzyjcie sobie siebie w dawno zapowiadanych filmach z Wesela, które, uwierzyć trudno, było już ROK TEMU! I zaglądajcie czasem na tego bloga, może kiedyś coś wrzucę 😉 A na deser macie zdjęcia – tak jak zazwyczaj unikamy publikowania naszych twarzy, teraz będziecie mieli jej aż nadmiar! Pozdrawiamy z Polski!

Z_rower

To – Myyy

 

Filmy z Wesela:

 

Reklamy
Opublikowano 01_Polska | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Only Love…

Drodzy Rodzino, Przyjaciele, Znajomi i Nieznajomi, Szanowni Goście i Niegoście

W ramach wyjaśnienia dla tych co jeszcze nie wiedzą – wzięliśmy ślub! Pół roku już co prawda minęło od tego czasu, jednak tyle widocznie trzeba nam było, aby się zorganizować i poniższy (naszym skromnym zdaniem) cudowny materiał opublikować :).

Gdyby ktoś pytał, nasza miłość kwitnie, dwoi się i troi, trwa wiecznie i nieskończenie, póki śmierć nas nie rozłączy i tak dalej. Podróże zarówno te małe, jak i te duże, wbrew samym sobie, odłożyliśmy na razie na dalszy plan. Zabraliśmy się więc za rozwój – studiujemy i po części pracujemy, żeby mieć za co kupić np. awokado, tudzież papaję. Osiedliliśmy się w Poznaniu, choć częściowo jesteśmy też w Berlinie. Trzymajcie kciuki, bo oboje kierujemy nasze wspólne życie na bardzo ciekawe tory, a gdy się powiedzie, gwarantujemy, jeszcze o nas usłyszycie :).

Jeszcze raz, chyba po raz ostatni:

Gościom – dziękujemy że przybyliście, razem z nami się bawiliście i że nasze zdrowie (pewnie nie raz) wypiliście,

Niegościom – wybaczcie, że nie mogliśmy Was zaprosić, dla wszystkich niestety miejsca nie starczyło. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć i filmu, bardzo dokładnie oddającego klimat najważniejszej i przełomowej w naszym życiu Uroczystości,

nieznajomym – no po co czytacz to aż dotąd, przecież nas nie znasz, to co Ciebie obchodzi nasz ślub?

Pozdrawiamy i życzymy Szczęśliwego Nowego Roku!!

Zuzanna i Tomasz

 

 

Zuzanna i Tomasz

21.06.2014  Zuzanna i Tomasz

 

 

P.S. Film mamy jeszcze w wersji dłuższej, niemalże pełnometrażowej (ok. 20 minut). Na ten musicie jeszcze niestety chwilkę zaczekać (myślę, że do poniedziałku 5 stycznia najpóźniej 😉 )

P.S.2 TO THOSE WHO DO NOT READ POLISH:

We are publishing photos as well as the movie from our Wedding, that took place in June last year. We also have a movie in a longer version, that we will publish soon. Enjoy 😉 … and Happy New Year!

 

Opublikowano 01_Polska, in English | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze

To My

To my, kultura robotnicza

To my, dzielnice pełne kiczu,

To my, te polskie chamy,

Kochamy Cię Polsko, Kochamy

Tekst tej piosenki (Jacek Skiba) mnie zainspirował i wreszcie do komputera popchnął, żeby coś napisać. No bo jak to jest? Z miłością do Ojczyzny to może przesada, ale czy szanujemy chociaż? Czy doceniamy miejsce, w którym przyszło nam żyć? Czy powinniśmy byś dumni z tego, że kraj nasz wygląda jak wygląda teraz, że rozwija się, tak jak rozwijać się powinien?

Warszawa

Czy raczej szydzimy? Narzekamy, marudzimy i wydaje nam się, że wszędzie jest lepiej? Bo u nas to na pewno najgorzej, pracy nie ma, drogi dziurawe, pociągi wolniejsze niż przed wojną, podatki wysokie, pensje śmieszne, policjanci chamscy i głupsi od słupa o który się opierają. I można dalej… że w szpitalach kolejki, że chleb drożeje, że kicz, że syf, że bieda, że nie było zimy, że lato za krótkie, że pogoda brzydka, że nie wiadomo co… Ale czy naprawdę jest tak źle?

…ulice pełne kiczu…

Dokąd jedziesz młody człowieku? – zapytała mnie pewna Pani w średnim wieku, gdy z plecakiem stałem na Orlenie gdzieś przed Poznaniem – Do Warszawy – odpowiedziałem. Chodź… Pani jechała z Berlina do Chełmu, starym fordem, którego wczoraj kupiła. To dla mamy – tłumaczy mi po drodze. A Ty wiesz ile ona emerytury ma? Ze trzysta Ojro ledwo będzie… To jak to można przeżyć, toż to jej na leki nie wystarcza. Jedziemy, autostrada nowa, ruch duży, kraj płynie, krajobraz za oknem zmienia się, jest pięknie, słonecznie i zimno. I widzisz jak jeżdżą w tym kraju? Spychają, mrugają, ciężarowe eLKaWe na lewy pas zjeżdżają i drogie te autostrady jak cholera. U nas w Deutschland to za darmo! Trzy pasy przez cały kraj, a tu sto lat za murzynami jesteśmy! I tak całą drogę, cztery godziny. A ja jak to widzę?

Droga S8, Warszawa – Wrocław

Stare i mądre przysłowie mówi, że podróże kształcą. Rozszerzają horyzonty, pozwalają dostrzegać pewne rzeczy z więcej niż tylko jednego punktu widzenia. No i widzę – z mojej rodzinnej Zielonej Góry jedzie się do stolicy autostradą trzy – cztery godziny, a nie jak kiedyś sześć. Widzę, że miasta ładnieją w oczach. W Warszawie szarzyzna zastępowana jest czystością i nowoczesnością. Końcówka naszej wspólnej drogi z tą przemiłą Panią wyglądała tak, że skrzyżowały się dwie autostrady i przez długi moment jechaliśmy czteropasmową nowiutką wyekranowaną drogą. Poza tym dworzec nowy, metro budują, Stadion Narodowy dumnie wyrasta z drugiej strony Wisły.

Szklane Domy, Wrocław

We Wrocławiu wymieniają Odrę. Serio, sam nie mogłem w to uwierzyć gdy powiedział mi o tym inny kierowca, który zgarnął mnie z też nowiutkiej S8 pod Wieluniem. Ale sprzęt ciężki wjechał, rzeka jest rozkopana, w pełni rewitalizowana. Stare rozsypujące się kamienice są remontowane, powstają nowiutkie plomby, miasto ma obwodnicę. Politechnika Wrocławska, na której studiowałem zmieniła się nie do poznania. Kampus niby ten sam, a nowych budynków więcej niż starych, stare i brzydkie kiedyś zostały w dobrym stylu wyremontowane. Znajomi mają pracę, pokupowali mieszkania, poszli do przodu. Polska się zmienia. Na co tu narzekać?

Politechnika Wrocławska

W Amazońskiej puszczy w Peru, przechadzaliśmy się z naszym przewodnikiem po indiańskiej wiosce. Drewniane domki, jedne ze ścianami inne bez ścian, jeden dom to sklep, inny to szkoła, z jednej strony rzeka, z drugiej selwa, drogi brak, prądu brak. Słupy, kable i latarnie w prawdzie są, rząd wybudował, ale powiedzieli, że paliwo do generatorów nalewać mają za swoje. Lampy stoją zatem i nie świecą. Ludzie uśmiechnięci, życzliwi i wyraźnie zainteresowani przybyszami z rzadka pojawiającymi się w ich stronach.

IMG_7010

Amazońska wieś

Uwagę naszą przykuł jeden dom, wokół którego biegało wolno pełno kur. Ci są bogaci – mówi nam Carlos (przewodnik). Kurczaki to tutaj kapitał. Jak zabraknie takiej rodzinie pieniędzy, można jechać do miasta i sprzedać. Trzydzieści soli za żywego, czterdzieści za ubitego i przygotowanego do upieczenia (1 sol ~ 1 zł)… Dziwny ten świat.

…bez komentarza…

Mym lewackim postem pragnę poinformować, że wróciliśmy już do kraju. Czternaście miesięcy w drodze, szesnaście krajów, ponad pięćdziesiąt tysięcy kilometrów lądem, wodą i powietrzem. Było pięknie, pysznie i interesująco. Skończył się jednak wojaży czas, skończyły się pieniążki. Lądujemy w naszym pięknym i bogatym wbrew opiniom wielu rodaków kraju.

Polska zachodnia

Życzymy wszystkim WESOŁYCH ŚWIĄT. Więcej zdrowia, więcej radości, więcej pozytywnego myślenia!

Wesołych Świąt!!

Opublikowano 01_Polska | Otagowano , , , , , , , , | 3 Komentarze

Srebrny Horror

Najpierw słyszymy odgłos szybko osuwającej się ziemi. Guardia!!! – wrzeszczy Almandro i na tą komendę wszyscy niemal zamieramy, kucając i nie do końca rozumiejąc co dzieje się dookoła. Patrzymy po sobie z lekkim przerażeniem, zapobiegawczo spoglądamy w górę, podświetlając niepewny, zaledwie metrowy sufit, czy aby jakaś skała, tudzież kilka ton żwiru nie spada nam właśnie na łeb. Po kilku chwilach szczęśliwie okazuje się że to żadne osunięcie, tylko przecinamy właśnie ścieżkę zsypu. Gdzieś poziom wyżej, nad nami, jakiś górnik wysypuje w dziurę zawartość swojej taczki. To szlam, kopalniany odpad, który przelatuje tędy do wyeksploatowanej już części tej kopalni, zasypując ją – tłumaczy nam z iście naukową precyzją Almandro. Znajdujemy się bowiem w kopalni, do której własnej i nieprzymuszonej woli przyszliśmy, aby zobaczyć, w jakich warunkach w Boliwii wydobywane jest nie tylko srebro, ale też cynk, miedź, złoto i inne minerały. I do tej pory nie możemy uwierzyć w to, co tam zobaczyliśmy.

IMG_1446

Ale zacznijmy od początku. W pewien słoneczny poranek wsiedliśmy do małego busa pełnego turystów. Gdy ten zapełnił się, wsiedli również Omar i Almandro, byli górnicy, teraz przewodnicy po kopalnianych tunelach, wtajemniczający nas krok po kroku w świat boliwijskiego górnika, który, w co trudno uwierzyć, nie ewaluował zbytnio na przełomie ostatnich trzystu lat. Bus ociężale ruszył, z trudem wspinając się po stromych uliczkach miasta Potosi, w kierunku Cerro Rico – czerwono–brązowo-szarej góry wyrastającej nad to położone na ponad 4000 m n.p.m. (!!!) górnicze miasteczko. Założone jeszcze w piętnastym wieku przez Hiszpanów, którzy odkryli tę srebrodajną górę. Złoża okazały się tak bogate, że Potosi stało się hiszpańską mennicą, a srebro tu wydobywane rękoma Indian oraz sprowadzonych z Afryki niewolników, były podstawą hiszpańskiej gospodarki przez niemal dwa stulecia. Czy wiecie, że wszystkie naczynia, sztućce, czy nawet podkowy dla koni robiło się tutaj ze srebra, bo nikomu nie opłacało się sprowadzać do miasta cyny, czy żelaza? – ciekawostkę raz po raz rzucał nam Almandro, aż busik zatrzymał się na pierwszym przystanku. Tam dostaliśmy kalosze, szare spodnie i kurtkę oraz brązowy kask z górniczą latarką-czołówką. Kolejnym punktem był tzw. górniczy market. Kaski, rękawice i maski ochronne. Liście koki, dziewięcio-sześcio procentowy alkohol w plastikowej buteleczce, piwo w puszkach, dynamit – to tylko niektóre z artykułów, które można było tu nabyć od bezzębnych i zasuszonych Indianek. Kupcie tu coś dla górników, to podarunek dla nich w zamian za wstęp do ich miejsca pracy, za zdjęcia które możecie im robić, za zakłócanie spokoju – mówił Almandro – jeden górnik dziennie zżuwa przynajmniej kilogram zielonego liścia, dodaje mu to sił, zwiększa ilość tlenu w żyłach, z tego cieszą się najbardziej. Kupiliśmy. Grupa podzieliła się na mniejsze. Nas pozostało sześcioro – my we dwoje, Hiszpan, Chilijka, Niemka, no i Almandro – Boliwijczyk, nasz przewodnik.

IMG_1420

Dokooła kopalni syf. Śmieci, błoto, odór moczu z licznych porozrzucanych wychodków. Gdzieniegdzie górnicy ładują taczkami podstawione ciężarówki. Jakaś Indianka przebiera minerały segregując niczym nie różniące się dla nas kawałki skał. Wszędzie bezpańskie psy, półnagie dzieci szwędające się po górniczych odpadach. To wszystko przyozdobione wspaniałą panoramą położonego niżej miasta. Po przekazaniu darów górnikom, wchodzimy. Korytarze wąskie, wyżłobione dynamitem, praktycznie bez podpór i zabezpieczeń, trzymające się w całości na tak zwane słowo honoru. Idziemy między wąskimi torami. Z sufitu kapie woda, gdzieniegdzie obsypuje się kruchy żwir. Jest zimno, wszędzie kable, węże i zawijasy rur, pod nogami błoto do kostek. Jest niżej i niżej, coraz niżej, w niektórych miejscach trzeba się czołgać. Jest też coraz cieplej, pocimy się z każdym krokiem. Ręce i ubrania brudzą się od mokrego szlamu. Mało tlenu, bo nie dość, że kopalnia, to jeszcze wysokość robi swoje. Koka pomaga. Docieramy do figurki Tio. El Tio to po hiszpańsku wujek, ten Tio to jednak w języku quechua bóg podziemia, którego trzeba szanować, dzielić się z nim koką i wszelkim innym dobrem, bo inaczej tlenu zabraknie lub kamień na głowę spadnie. I rzeczywiście – podobizna człowieka z głową byka i sterczącym dwudziestocentymetrowym penisem – cała obsypana jest liśćmi koki, pustymi butelkami z górniczym trunkiem. W usta Wujek ma wepchnięty jeszcze dogorywający górniczy papieros. Po drodze Wujków było trzech…

Czy wiecie, że górnicy biorą ze sobą kanarka, gdy idą kopać nowy szyb, sprawdzają w ten sposób zawartość toksyn w powietrzu. Jak kanarek pada, trzeba uciekać – tłumaczy nam bez wyrazu Alamandro. Ale jak to? A czujniki, a przewody wentylacyjne? – oburzeni pytamy jedna przez drugiego – Czujniki? Po co? Drogie to, a i często zawodne – odpowiada Alamandro – niektórzy biorą pod ziemię pomarańcze. Nie tylko jako posiłek, uzupełnienie witamin. Kwas, który jest w pomarańczach reaguje z arszenikiem mogącym znaleźć się w powietrzu w ten sposób, że pomarańcze w ciągu kilku minut puchną jak choinkowe bombki. To też sygnał, by uciekać – podsumowuje niewzruszony przewodnik.

IMG_1505

Ciemnobrązowe stalagmity utlenionych minerałów kapiące na nas z sufitu, gdzieniegdzie ściany tak zerodowane, jakby miały się za chwilę usunąć, drewniane podpory spróchniałe i łamiące się nad nami. Wysokość korytarzy czasami poniżej siedemdziesięciu centymetrów. Temperatura  wewnątrz waha się od kilku stopni poniżej zera  do kilkudziesięciu powyżej! W takich warunkach wydobywa się minerały w Boliwii. Wizyta w takiej kopalni to przeżycie dramatyczne, ciężkie, nie do końca bezpieczne i ogólnie mocno hard-corowe. A górnik? A górnik przemyka gdzieś między nami niewzruszony obecnością zagranicznego turysty. Z kilofem na ramieniu, tudzież pchając pra-stary wózek po nierównych i wąskich torach wyładowany po brzegi minerałami lub górniczym odpadem. Taki dostaje pensje wyłącznie za to co wydobędzie i sprzeda na zewnątrz. Średnio to jakieś siedem – osiem tysięcy boliwianów miesięcznie (3 – 3,5 tys. złotych). Jak na Boliwię wynagrodzenie to dobre, zwłaszcza, że kompanie, w których górnicy są tu zrzeszeni zapewniają (choć nie wszystkie) darmowe zakwaterowanie i opiekę zdrowotną. Co z tego jednak, gdy górnik od pierwszego wejścia do kopalni średnio dziesięć lat później umiera? Na niewydolność płuc najczęściej, o ile wcześniej nie zostanie przysypany lub nie zasłabnie gdzieś w głębi góry od braku tlenu. A najmłodsi górnicy, to mają tu po trzynaście lat – powiedział bez cienia skruchy, zażenowania czy nawet współczucia Alamandro. Po czym przeżegnał się, odpalił górniczego szluga bez filtra i wsadził go Wujkowi numer trzy w osmoloną dziurę przypominającą usta. I tym nie do końca przyjemnym akcentem zapraszamy do naszej górniczej tym razem galerii z miasta Potosi, w Boliwii. Patrzcie, podziwiajcie i drżyjcie jak zły i zaiste nierówny jest nasz świat. Besos!

miniaturka

Potosi, Boliwia

Opublikowano 12_Boliwia | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

W biegu

Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma… Bo o czym tu pisać? Wszak od ostatniego wpisu na tejże stronie minęło już ponad 6 miesięcy. Toż to hańba! W moim przypadku z pisaniem niestety jest jak ze studiowaniem – im dłużej się zwleka, tym trudniej zebrać się w sobie, przysiąść i zacząć wreszcie pracować. Tyle że na studiach były terminy egzaminów, oddawania referatów czy sprawozdań i zawsze prędzej czy później występował zwany przeze mnie i Zuzannę „Efekt pętli” – do upłynięcia terminu co raz bliżej, czasu co raz mniej, tym samym, roboty co raz więcej. Pętla się zaciska, w końcu student karnie siada do książek, tudzież do klawiatury. Nieprzespana noc czy dwie, zdano, zapomniano. Kto z Was twierdzi, że tego nie zna, ten nie studiował, kłamie lub jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. No… a przy (dobrowolnym) blogowaniu tej pętli nie ma. I dlatego musieliście czekać. Niniejszym pragnę poinformować, iż łamię wreszcie nasze półroczne milczenie. I zapodaję Wam historię o naszym powrocie na południowoamerykański kontynent po trzymiesięcznym robotniczym pobycie w Europie, historię pod tytułem „W biegu”.

IMG_2115

27 grudnia, Wrocław, Polska.

Odbieram Zuzannę z dworca Wrocław Muchobór. 9 godzin w pociągu z samego Olsztyna, duży plecak, jakieś ekstra manele jeszcze pod pachą. Co ciekawe, na tym dworcu z peronu drugiego na pierwszy można przejść tylko po torach. No cóż, remont, ale żeby nawet schodka nie dostawili, drogi przez te tory nie wyrównali, nie pooznaczali pasami, znakami, czerwono-białymi wstążkami? Żeby pasażerowie musieli z tobołami pokonywać prawie metrowy uskok, najpierw w dół, potem w górę? Po torach, a jak!, po kamieniach, po nieutwardzonym i niepewnym gruncie, po ciemku i z ryzykiem marnego końca pod kołami lokomotywy? Brakuje tylko strażnika miejskiego, wiernego szeryfa z notesikiem i długopisem do wypisywania za owe przez tory przechodzenie mandatu. Polska, ba! Europa, XXI wiek… Aż mi się smutno zrobiło widząc, jak starszy Pan pomaga starszej Pani wdrapać się na peron pierwszy tegoż dworca. I pytam, kiedy wreszcie zaczniecie nas szanować? Wy, przedstawiciele remontujących firm, Wy, którzy tym firmom te remonty zlecacie, Wy, którzy za to płacicie, Robotnicy, Kolejarze, Menedżerzy wszelkiej maści, Panie Dyrektorze, Ministrze, Premierze? Sza-cu-nek, przynajmniej tyle! No ale nic, zaraz już o tym zapominamy, w samochód i pędzimy, spieszno nam, bo kolega się hajta, a my do sklepów jeszcze po jakieś tam rzeczy na podróż, do hotelu, check-in, przebrać się i wykąpać, przeprasować, ubrać, kartkę weselną podpisać, ostatni guzik zapiąć, krawat zawiązać. Ślub o drugiej trzydzieści, wesele od piętnastej, a tu pół do ósmej, a my w samochód z hotelu dopiero i rura! Przez miasto na pomarańczowych światłach. A Wrocław piękny, jakby piękniejszy nawet niż był wtedy, gdy byliśmy tu po raz ostatni. Dojeżdżamy, hej hej, Szczęśliwego Nowego Życia, takie tam, schabowy, żurek, wódeczka i tak dalej. A Wesele było udane, zaiste zacne, pyszne, uoooo tak!

IMG_0048

28 grudnia, Wrocław, Polska.

Rano budzik dzwoni. Wcześnie rano. Za wcześnie, szczególnie, że nastawialiśmy go może cztery czy pięć godzin temu. W gardle sucho, w głowie kręci się, ale wstajemy twardo, nie ma czasu ani na sen, ani nawet na śniadanie. Ale jemy, jeść trzeba, przy stole gadka szmatka, kim jesteś, od Basi? Od Michała? Jest miło i pysznie. Ale samochód trzeba odebrać, spakować się, ogólnie ogarnąć. Około dwunastej pakujemy się i opuszczamy hotel. Jest późno, znów za późno, a przecież staramy się jak możemy. Ale nie oglądamy się za siebie, już pędzimy, byle zdążyć, byle choć trochę snu na następną noc zostało. Galeria pierwsza, odbieramy telefon z serwisu, kupujemy buty, szukamy czegoś tam. Tłum niemiłosierny, po Świętach już, galeriowy DJ dalej jednak twardo łupie amerykańskie pastorałki. Wyprzedaże, parkingi zapchane, korki przy wyjeździe, gnamy do Galerii drugiej, tu spodnie, tam trampki, tudzież nowa koszulka, żeby było w czym ten świat daleki i szeroki przemierzać. Dalej znowu w aucie, znowu szukamy miejsca na parking, znowu tłoczno, znowu ludzie, ludzie, ludzie – co Wy tu robicie? Do domu! Wszyscy wyp…. Decathlon, tu już trzeba przemyśleć, lista jest, ale i tak trzeba się zastanowić. Jaką latarkę? Tę za dwie dychy, najtańszą, z jedną diodą, czy może za sześć dych, dwa tryby, szesnaście diód? A karimatę jaką? A może polar, a może spodnie z odpinanymi nogawkami? Teraz wydaje się to odległe, ale niedługo decyzje podjęte w tym momencie mogą się odbić na poziomie komfortu przez kilka dni gdzieś wysoko w górach, tudzież w wilgotnej selwie. Jest już po dziewiętnastej, jedziemy do Zielonej Góry. Wrocławski etap ślubno – zakupowy nam mignął, nie wiemy kiedy, nawet na Rynek nie było czasu pojechać zobaczyć jak się zmienił. Dwudziesta pierwsza, kolacja u Rodziny, dwudziesta trzecia wstępne pakowanie, dane z dysku na dysk, kamery, aparaty, ładowarki wszelkiej maści, komputer, namiot, hamak, karimata, kable, ciuchy, skarpety, przeciwdeszczowe poncza, spaaać!, kosmetyczka – szczotki, szczoteczki, pasty, szampony, apteczka – neo angin, węgiel, bandaże i tak dalej, nie no, padam z nóg, jest trzecia w nocy, a przecież rano trzeba wstać by się nie spóźnić i to już na serio, bo na samolot, dobranoc!

IMG_0057

29 grudnia, Zielona Góra, Polska.

Znowu budzik dzwoni rano i znowu za wcześnie! Cztery godziny snu! Prysznic, śniadanie. Nie ma jak u Mamy! Pyszne świąteczne mięska, pasztety, biała kiełbaska, świeżo utarty chrzan, ćwikła, sałatka jarzynowa, no palce lizać! Ale nie ma czasu, znów jest pośpiech, dopakować się trzeba. Jeszcze po kłódki, zabezpieczenia do plecaków, po żubrówkę i po kabanosy jechać trzeba. W samym Berlinie też sprawy dwie do załatwienia, trzeba gonić, bo samolot ucieknie! I niczego zapomnieć nie można, o nie! Więc posegregowane rzeczy w nocy do plecaka, jeszcze kilka filmów na dysk po drodze wrzucić. Kopiuj – wklej, dwadzieścia minut na transfer, w między czasie namiot, śpiwór, górskie buty już w plecaku. Potem cała reszta, podręczny też już spakowany. Zuza gotowa, jest trzynasta, ostatni moment, żeby ruszać. Po zakupy i na stację benzynową, wyjeżdżamy po czternastej. Sto sześćdziesiąt na licznik i jedziemy. Potem Berlin, krótka wizyta u przyjaciół, rozliczyć odrobiony w Danii dług i po przesyłkę dla Fichtego, z którym zaraz spotykamy się w Wenezueli. Ale już trzeba schodzić, jeszcze zdjęcie!, już trzeba na lotnisko, bo zostały trzy godziny do odlotu, Berlin – Madryd, Iberia Express. Na lotnisku tłumy, ludzie ze Świąt wracają, chaos i zamęt, wszyscy jakby w biegu. Żegnajcie rodzice, dziękujemy za podwiezienie, poradzimy sobie, nie martwcie się. Po niemiecki świąteczny stollen – coś jak nasz keks – do sklepu, przepłacamy słono, ale szczęście kumpli jest cenniejsze. Tych samych  kumpli, co z nimi Ocean przekraczaliśmy, którzy od ponad roku są w drodze. Bagaże obfoliowane. Na check – In. Dokąd państwo lecą? – do Caracasu. Miłego lotu, bramka 25. Przez kontrolę, do samolotu, samolotowe koła odbijają się od płyty lotniska Tegel. Do zobaczenia!

IMG_0055

30 grudnia, lotnisko w Madrycie, Hiszpania.

Jest cicho. Tylko szumią gdzieś w głębi wentylatory, w otchłani pusty dźwięk przejeżdżających maszyn sprzątających. Sprzątacz z mopem i słuchawkami na uszach, w odblaskowej kamizelce nałożonej na pracowniczy uniform minę ma raczej obojętną, macha mokrą miotłą bez wyrazu, jak gdyby zupełnie nie obchodziło go, czy będzie czysto, czy trochę czyściej. Sklepy pozamykane, gdzieniegdzie na ławkach śpią ludzie przywiązani do własnych bagaży. Pod drewnianym sufitem, opartym na konarach metalowych drzew, których barwa zmienia się od przęsła do przęsła, i przechodzi jakby przez wszystkie kolory tęczy również i my, wkomponowujemy się niejako w ten spokojny lotniskowy, nocny krajobraz. Ten potrwa tu zaledwie do piątej – szóstej rano, bo wówczas według rozkładu na płaskich ekranach odlatywać będą pierwsze samoloty, odprawiani będą pierwsi pasażerowie, sklepy pootwierają się, a terminal się zapełni. Swoją drogą, lotnisko w Madrycie to architektoniczne dzieło sztuki i nie będzie w tym przesady, gdy napiszę, że to najładniejszy port lotniczy na jakim stanęła moja stopa. I gdyby nie te niewygodne, nie nadające się za nic do spania ławki, noc na terminalu byłaby całkiem przyjemna.

IMG_0079

30 grudnia, Caracas, Wenezuela.

Po 9 godzinach lotu, w tym kilku zaledwie godzinach snu, samolot obniża lot, zatacza dwa koła wokół wenezuelskiej linii brzegowej, ląduje. Odprawa sprawna, bez zbędnych pytań, bagaż dociera nietknięty. Lotnisko z betonu, wielki plakat z nieśmiertelnym, uśmiechniętym szczerze Wujkiem Hugonem wita nas. Jest gorąco, betonowo, parno, duszno i nieświeżo. Wszędzie kręcą się cinkciarze, taksówkarze, hotelarze i wszelkiej maści naciągacze. Brakuje tylko naszego „transferu”, który z tabliczką „Zuzanna y Tomasz” miał na nas czekać i zabrać nas na zasłużony odpoczynek do pobliskiego hoteliku. Ten zjawia się po 30 minutach z napisem „Sudana y Tomaz”, legitymujemy Pana, wsiadamy do samochodu. Na zewnątrz jeszcze goręcej, jeszcze duszniej, trzydziestostopniowe powietrze można kroić nożem. Z samochodowego okna widać, słychać i czuć wenezuelski chaos. Mijamy typowy latynoski slums przemieszany z luksusowymi hotelami, umiejscowiony w pięknej, żywo-zielonej i górskiej scenerii wpadającej bezpośrednio do karaibskiego morza. Jesteśmy zmęczeni i wyczerpani. Ale już prawie, już dotarliśmy, już zrzucamy z pleców plecaki, już kapie na nas upragniony zimny prysznic! Wymieniamy walutę, za 1 dolara dostajemy teraz 60 bolów. To równo o 100% więcej niż w lipcu! Jest taniej, dużo taniej. Idziemy na kolacje, zrywamy z drzewa w parku kilka owoców mango na śniadanie, godzina osiemnasta, zachód słońca jak mgnienie oka, jasno-ciemno, LÓŻKO, SEEeeeeeen…

IMG_0105

31 grudnia, Caracas, Wenezuela. 

Nareszcie chociaż częściowo wysypiamy się, pomimo iż budzimy się przed siódmą. Śniadanko, kąpiel, ogar, wyjście z hotelu, zaspana dzielnica, nieprzyjeżdżający autobus. Ale jest, kilka minut w stronę pobliskiego autobusowego dworca. Przesiadka pierwsza, plecaki ciężkie, jest przed ósmą rano, ale już gorąco. Autobus zatłoczony, ludzie ewidentnie jadą do roboty, do stolicy, ciągną, śpieszą się powoli, ubrani oficjalnie, długie rękawy, długie spodnie. Żar powoli zaczyna lać się z nieba, przesiadka druga, tym razem do metra, stacja Gato Negro (Czarny Kot). Metro w Caracasie czyste, nowe, przestronne, klimatyzowane i bezpieczne. Do tego śmiesznie tanie, za przejazd 1,50 bola tj. teraz ok. 7 groszy (!!!). Warszawa może się schować ze swoją jedną linią i przejazdem za 4,40. Przesiadka trzecia, stacja Plaza Venezuela, przesiadka czwarta, La Bandera. Dziesięć minut marszu z metra na terminal autobusowy. Tłum i chaos, wszyscy spieszą się, jest brudno, naganiacze przekrzykują się, wręcz za ręce łapią ciągnąc zuchwale do swojego autobusu czy taksówki. Dwie godziny drogi, jesteśmy w Maracay, przesiadka piąta. Tłumy niemiłosierne, ludzi tyle co na byle dworcu w Indiach, albo i więcej. Wenezuela na wakacjach. Od piętnastego grudnia do siódmego stycznia cały kraj na wakacjach. I tak podobno kilka razy w roku. Nic dodać nic ująć. Mañana. Wsiadamy do starego, old-school-owego amerykańskiego „school-busa”, już jedziemy, już droga wije się gdzieś po górach w dżungli. Widoki piękne, co jakiś czas robi się chłodno, gdy wysłużony bus wspina się z rykiem silnika na szczyty. Od czasu do czasu przejeżdżamy „na zapałkę” przez niepewnie wyglądające mosty nad licznymi strumieniami. Jest piętnasta, docieramy na miejsce. Na plaży szukamy Fichtego i Antona, są, siema-siema, będzie z siedem miesięcy odkąd schodząc z Jackie w Natalu, w Brazylii widzieliśmy się po raz ostatni. A nie, jeszcze był karciano-alkoholowy maraton w Pipie tydzień później. Ale i tak dawno. Nie ważne. Jest (był) Sylwester! Na zdrowie, prost, salud! Szczęśliwego Nowego Roku.

IMG_0213

Na koniec o Wenezueli słów kilka, bo to kraj godny szczególnej uwagi. W końcu nie bez powodu byliśmy tam już trzykrotnie i za każdym razem było lepiej i lepiej. Jest to kraj bardzo różnorodny, górzysty i równinny, pustynny i porośnięty dżunglą. W ciągu zaledwie kilku-kilkunastogodzinnej podróży (prze)klimatyzowanym autobusem można niemal teleportować się z pod zaśnieżonych andyjskich szczytów na piękne biało-piaszczyste plaże, wyjęte niemal z reklamy batonika Bounty. Można również w podobnym czasie z pełnej dzikich zwierząt sawanny w dolinie Orinoko przenieść się na prawdziwą pustynię porośniętą gdzieniegdzie kaktusami, tudzież zamoczyć głowę pod najwyższym na naszej Planecie wodospadem Salto Angel w parku narodowym Canaima. Do tego jest śmiesznie tanio, a tamtejszy socreal jest co najmniej groteskowy. Niestety co dla nas groteską, dla wielu wenezuelskich obywateli wstydem, udręką i chlebem powszednim. Jest bieda, jest syf, jest inflacja – hiperinflacja nawet. Jest też, jak mówią, niebezpiecznie. Niebezpiecznie? Według mnie bezpieczeństwo na latynoskim kontynencie i ogólnie wszędzie gdzie podróżuję to pojęcie względne. Tak samo można być dźgniętym czy napadniętym w Barcelonie, Berlinie, Warszawie czy Toronto, jak w Bogocie, Rio de Janeiro czy Caracasie. Prawdopodobieństwo wystąpienie takiego zdarzenia jest inne, mniejsze lub większe. I można jedynie to prawdopodobieństwo zmniejszać. W Wenezueli, a także w całej Łacińskiej Ameryce należy bezwzględnie przestrzegać trzech zasad, aby pozostać „w miarę” bezpiecznym. Po pierwsze nie włóczyć się po miastach (a czasami też i wsiach) po zachodzie słońca, po drugie nie wsiadać do byle jakich, nieoznaczonych i nieautoryzowanych taksówek nie wiedząc do końca dokąd chcemy się udać, a po trzecie mieć oczy dookoła głowy i patrzeć, czy np. ktoś nas nie śledzi, albo czy droga, którą spacerujemy aby na pewno jest uczęszczana, gwarna, wystarczająco tłoczona. I tą radą Wujka Tomka, kończę niniejszy wywód o wszystkim i o niczym. Dorzucam galerię zdjęć z Wenezueli właśnie, ze wszystkich pięknych miejsc, które dane nam było w tym kraju zobaczyć. Podziwiajcie i w drogę zaraz ruszajcie! I życzcie nam szczęścia, a co! Szczęśliwego Nowego Roku raz jeszcze! Pozdrowienia z Boliwii! PA!

Wenezuela

Opublikowano 01_Polska, 08_Wenezuela | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Margariteños

Jose

Indianin, lat pięćdziesiąt parę. Sam o sobie mówił, że jest puro margariteño. Pochodził bowiem z indiańskiego plemienia, które od dawna mieszkało na wyspie Margarita, jednej z karaibskich perełek Wenezueli – kokosowe palmy, biały piasek, lazurowe morze i takie tam. Jego rodzina z dziada pradziada zajmowała się rybołóstwem, a jak  Hiszpanie podbili Amerykę Południową stali się poławiaczami pereł. Jose, silny tradycjonalista, z wykształcenia także jest rybakiem. Skończył uniwersytet w Porlamarze. Moje rodzeństwo to sami adwokaci. Ja jednak zawsze kochałem Morze i nie wyobrażałem sobie pracy za biurkiem – powiedział nam kiedyś przy śniadaniu. A śniadanie margariteño którym kilkakrotnie nas uraczył to kukurydziane smażone placki zwane arepa, smażony platan (taki większy banan, nie tak słodki, acz przepyszny) posypany białym serem, jajko i obowiązkowa mocna, przesłodzona niestety kawa.

IMG_0986

Jak prawie każdy Indianin, Jose był chavistą – do szpiku kości. Gdy rozmawialiśmy o polityce, ustrojach, demokracji czy historii, jego oczy zapalały się, a na szyi było widać coraz szybciej pulsujące żyły. Wujka Huga nasz przyjaciel Jose kochał, kocha i będzie kochał – jego duch wciąż jest z nami, pozostał w Wenezueli – mawiał. To zresztą prawda, Chavez „wisi w powietrzu”, świadczą o tym chociażby wszechobecne wychwalające go pod niebiosa murale czy nierosnąca cena paliwa (jakieś 8gr za litr). Poza tym Jose głęboko wierzył, że uprawianie sportu uchroni wenezuelską młodzież od sięgania po narkotyki – Chavez wybudował szkoły, boiska, stadiony, pokazał światu, że bez pomocy złych i chciwych Stanów Zjednoczonych również można zbudować silne i suwerenne państwo!

IMG_0931

Jose, w którego domu wynajmowaliśmy mały pokoik z łazienką, pokazał nam prawdziwą wenezuelską gościnność. Karmił nas, pozwalał zbierać owoce z własnego ogrodu (manga, mhmmm), nawet dwa razy swą kolorową, drewnianą łódką zabrał nas na połów. Wysepki Los Frailes, na które  wówczas przybiliśmy to miejsce, gdzie czas stanął w miejscu wiele lat temu. Poza kilkoma chatkami rybaków niczego tam nie było. No, może rafy koralowe, najpiękniejsze jakie do tej pory oglądaliśmy. A gdy my nurkowaliśmy, Jose w tym czasie wraz z ziomkami rybakami wybierał ryby, ośmiornice i langusty z sieci. Znaczna część z połowu lądowała potem na naszych talerzach.

Don Miguel

Prawdziwy Rastafarianin, lat kilkadziesiąt kilka, choć duchem (i ciałem) był młodszy od niejednego trzydziestolatka. Mieszka również na wyspie Margarita, na zachodnim krańcu plaży Parguito w rastafariańskiej chatce skleconej z tego co akurat było pod ręką. A to liść palmy, a to stary pień, pół deski surfingowej, kawałek siatki czy fragment dykty. Pewnego dnia Jah przekazał mu we śnie, że ma dla niego zadanie. Nie byle jaka była to misja – ratować żółwie morskie – Dermochelys coriacea (inne niż te w Pipie), których samice na tej konkretnej plaży zwykły składać jaja na długo przed pojawieniem się na niej człowieka. I nie wiadomo, co Miguel wcześniej w życiu robił, ale od kilkunastu lat dzielnie wypełnia swoją rolę. Przy tym jest ewidentnie szczęśliwy, bije od niego wewnętrzny spokój oraz aura „spełnienia” się w tym co robi. Podstawą jego diety jest głównie owsianka i mango oraz to, co podarują mu coraz liczniej odwiedzający go turyści chcący sfotografować nowonarodzone żółwiki.

IMG_1000

W Wenezueli nie istnieje organizacja, która zajmowałaby się żółwiami morskimi – w przeciwieństwie chociażby do sąsiedniej Brazylii, gdzie  tę jakże istotną rolę niemal perfekcyjnie spełnia opisywany przez nas TAMAR. Na plaży Parguito oraz sąsiedniej Playa El Agua ochrona tych delikatnych i pięknych stworzeń „leży” do tego stopnia, że plażowe bary są tam, gdzie samice składają jaja, a imprezowicze tańczą na żółwich gniazdach. Don Miguel sam jeden codziennie sprawdza i patroluje te kilka kilometrów margariteńskiego wybrzeża, oznacza nowe gniazda, wyciąga świeżo wyklute żółwie i w nocy wypuszcza je do wody. Wszystkie liczy, prowadzi statystyki, a w tym samym czasie cytuje słowa Gandiego, że „wolność to stan umysłu” czy też, „bądźcie zmianami, które chcecie zobaczyć”

DCIM100GOPRO

i inni…

Wilman z plażowego baru serwującego najpyszniejszą pinacoladę. Jesus, najemca kilku surfingowych desek, leżaków i innych plażowych gadżetów. Pan z kafejki internetowej, którego brat mieszka w Katowicach i z którym przegawędziliśmy niejeden powolny kwadrans. Żona Josego, staruszka ze sklepiku pod domem, czy starsze małżeństwo z ulicy obok, wyrabiające przepyszne domowe lody, codziennie w innych smakach. Oni wszyscy pokazali nam prawdziwą Margaritę i prawdziwą Wenezuelę. Bezcenne…

Na deser jak zwykle galeria zdjęć z Margarity. ¡Disfrutar!

miniaturka

Margarita, Wenezuela

Opublikowano 08_Wenezuela | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dawno temu, w Nordeszte

Oda do Zuzanny

Zacznę od słowa przedmałżeńskiej krytyki. No bo ile można pisać, wrzucać i edytować jeden krótki artykuł? Blogiem, przynajmniej w pierwotnym założeniu miała opiekować się moja najwspanialsza narzeczona, prawie żona, moja ładniejsza połowa, moje natchnienie, itp. itd… i co? I nic właśnie! Nie do końca zgodnie z własną wolą przejąłem więc inicjatywę, choć dziennikarz ze mnie żaden, a z matury z polskiego słusznie lub nie, ledwie wyrobiłem marną tróję. Więc się staram, dbam, piszę, pocę się przed ekranem i klawiaturą oraz noce zarywam nieraz, aby przynajmniej raz w miesiącu wystukać coś choćby odrobinę ciekawego. Słowa dobieram, przemieniam, zamieniam, przecinki wstawiam, kropki też. Nie mówiąc już o zdjęciach i całej pracy z nimi związanej. A Z (przyjmijmy, że Z to skrót od Zuzanny)? Od prawie dwóch miesięcy (nie)pracowała nad tekstem, który ledwie przekracza pojemność strony A4. Zatem proszę o doping. W każdej postaci… komentarzy, czy to pod postem, czy pod zdjęciem, czy e-mailem, czy to na naszym fejsbuniu… Bo gdyby nie moja zawziętość i samozaparcie, czytalibyście znacznie mniej, znacznie rzadziej, a kto wie, może i w ogóle. Blog by upadł i zaginął w internetowej otchłani a nasi fejsbukowi fani  kruszyliby się jeden po drugim, aż liczba przy słynnym „Lubię to” zrobiłaby się ujemna. A mnie nie zawsze wena dopisuje, potrzebuję mocniejszego wsparcia, co by dalej coś tu od czasu do czasu wrzucić. No! Więc, Uwaga! Uwaga!, wszyscy za mną! … ZU-ZAN-NA! ZU-ZAN-NA! Zu-za-…. : ) W międzyczasie przeczytajcie co Z ma Wam do przekazania, a ja pozwolę sobie użyć jej (krótki!) tekst wyłącznie jako fragment opowieści o naszych wrażeniach z pobytu w północno-wschodniej Brazylii.

IMG_8474

Jericoacoara (rzerikłokłara)

Czyli kolejne miejsce na „końcu świata”! A było to tak. Najpierw dosłownie tłukliśmy się jedyne 5 godzin autobusem z Fortalezy do Jijoci (Żiżoki). Dystans około 300 km, drogi w stanie jak na Mazurach. Następnie kazano nam się przesiąść w przedziwny wehikuł. Ów wehikuł w czasach młodości zapewne był ciężarówką, lecz z czasem „puszka” została usunięta i przerobiona na metalowe ławki z daszkiem. Wszystko zostało wymalowane w niebieskie rybki i koniki morskie, tak żeby się turystom podobało. Aktualnie pojazd ten już nie wozi turystów na wycieczki, lecz służy jako publiczny środek transportu, właśnie do Jericoacoary. Z  lekkim zdziwieniem, aczkolwiek z uśmiechem na twarzy zapakowaliśmy się do wehikułu. Nasze zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy kierowca poradził nam, żebyśmy się do przodu przesadzili, bo z tyłu to za bardzo trzęsie. Przez półtora godziny jechaliśmy w egipskich ciemnościach przez piaski, wydmy, rzeczki, rzeczułki i plaże. Po drodze porządnie zakopaliśmy się co najmniej czterokrotnie. Nawet z napędem na 4 koła było ciężko. A w Jeri, jak uroczo okrzyknęli Jericoacoarę lokalni mieszkańcy, latarni na ulicach brak, nie mówiąc już o asfalcie, czy nawet chodniku. Ba, szutru i ubitej drogi nawet nie ma! Wioska położona jest dosłownie na plaży. Chodziliśmy zatem na bosaka – cały czas! Było super : )

IMG_8528

Jeszcze 20 lat temu nikt o Jericoacoarze nie słyszał. Była po prostu oddaloną od świata, pozbawioną prądu rybacką wioską. Podobno można było tutaj mieszkać, od czasu do czasu płacąc rybakom za rybę. W tej chwili trudno jej rdzennych mieszkańców spotkać. Prawie każde wolne miejsce zajmują restauracje, pizzerie, lodziarnie, pousady (guesthousy), hoteliki, sklepy, agencje turystyczne i wypożyczalnie wszelkiej maści: quadów, buggych, sprzętu do sportów wodnych, tudzież koni na „godzinną przejażdżkę przy zachodzie słońca”. Jest też fryzjer, są słynne i spotykane wszędzie brazylijskie salony piękności (salon de beleza), piekarnie, supermarkety i inne cuda, które przybyły tu wraz z cywilizacją.

Cóż więc takiego Jericoacoara ma do zaoferowania, że turystyka rozwinęła się w tak szybkim tempie? Odległych, pięknych plaż to akurat w Brazylii na pęczki. Idealne warunki na kitesurfing? – też są w wielu miejscach. Białe, wysokie wydmy? Nie, to jeszcze nie to… To odległe jeziorka wśród białych wydm, które mają kolor idealnego lazurowego niebieskiego. To także fakt, iż przy każdym jeziorku są małe, klimatyczne bary, z zawieszonymi w wodzie hamakami. Takimi, że w tym samym momencie grzeje Ciebie słonko, lekko chłodzi woda, a w prawicy trzymasz caipirinhe. Plaże są tak długie, piękne i różnorodne, że wystarczy 5-minutowy spacer i już nikogo nie spotykasz. To zielone, kokosowe oazy wśród wysokich wydm. To wszystko na raz połączone z całorocznym słońcem, wszechobecnym luzem i tranquilinizmem tam panującym. Lekkie poczucie odosobnienia, wyjątkowość miejsca i brak zegarka na dłoni, gdyż jest on po prostu zbędny. I cały czas z przyjemnością chodzi się na bosaka.

IMG_8393

My w Jeri zabawiliśmy aż tydzień, w międzyczasie wypożyczyliśmy motor (co było nie lada misją- najpierw bardzo ciężko było znaleźć kogoś kto nam ten motor wypożyczy, a później okazało się, że jazda po wydmach do najłatwiejszych nie należy). Przez 3 dni gubiliśmy się jeżdżąc w naprawdę odległe, piękne i trudno dostępne miejsca. Zdobyliśmy kilka wydm, plaż, ale przede wszystkim nacieszyliśmy się pewnym brakiem cywilizacji, gwieździstym niebem i piaszczystymi ulicami. I cały czas chodziliśmy na bosaka!

Smak Nordeszte

O Jeri dodawać już chyba nic nie muszę, całkowicie zgadzam się z każdym słowem przez Z napisanym. O Nordeszte teraz (z portugalskiego, po naszemu północny-wschód).  To prowincja w Brazylii obejmująca … brazylijskie stany (Rio Grande de Norte, Paraiba i Ceara, które odwiedziliśmy, oraz Maranhão, Piauí, Pernambuco, Alagoas, Sergipe i Bahia). W tym zaledwie jednym z pięciu brazylijskich regionów Polska zmieściłaby się pięć razy. Nordeszte to kraina niezliczonych rajskich plaż, lagun (jak w Jeri właśnie), trochę pustynna, trochę stepowa, w niewielkiej części również zalesiona i pagórkowata. Zaraz. Nie o geograficznej strukturze miało być, a o smakach. Mango, ananasy, avocada, pomarańcze i mandarynki. Guawy, winogrona i marakuje. Każu, każa, umbukaża, czy bacuri. Te i wiele innych owoców, których nazwy z trudem mogę sobie teraz przypomnieć urozmaicały naszą (nie)skromną dietę. Wszystkie świeże, soczyste, słodkie. No i przede wszystkim, wszechobecna, królowa brazylijskich owoców – jagoda Acai – która niejednokrotnie stanowiła nasz lunch lub pożywne śniadanie. Podawana w postaci sorbetu z granolą (prażone musli z bakaliami), bananami i miodem – PYCHA!  Oprócz owoców – świeże nerkowce, orzeszki ziemne, kokosy prosto z palm. Wszechobecne sałatki owocowe, gotowe, słodkie i soczyste. Mleko kondensowane dodawane w dużych ilościach do wszystkiego, przesłodzona kawa z rana i maniokowe placki z różnymi dodatkami (tapioca) serwowane na każdym kroku. Nic dodać nic ująć.

IMG_8535

Różnorodność

Zatłoczony Natal. Brudny, zakorkowany nie do końca bezpieczny. Za to tani, najtańszy chyba z pośród wszystkich miejsc odwiedzonych przez nas w Brazylii.

Nadmorska Pipa. Miejsce piękne, mające niemało do zaoferowania. Plaże, klify, czyste rzeczki do morza wpadające, delfiny, żółwie morskie, małpki i papugi. Dużo turystów, barów, sklepów, restauracji.

Potem była Areia, urokliwe miasteczko na prowincji. Kolorowe domki, wzgórza i doliny, bujna roślinność i wszędzie rosnące na dziko owoce. Manga, gujawy, pomarańcze, czy banany. Był też uniwersytet, nowy, dobrze dofinansowany, a co za tym idzie prężnie się rozwijający, czyniący z Arei miejsce coraz ciekawsze i mające coraz więcej do zaoferowania. Za uniwersytetem przyszła do miasteczka kultura – teatry, muzea, restauracje i bary. Czuć było studenckiego ducha. W pobliżu mała rodzinna manufaktura kaszasy – lokalnego trunku – urocza, samowystarczalna, przyjemna i społecznie odpowiedzialna fabryka. Dwie godziny drogi dalej Pedro da Boca – kamień w kształcie ust (boca to po portugalsku usta). Kilka masywnych formacji skalnych wyrastających na kilkaset metrów w górę po środku sawanny. Miejsce niesamowite, piękne i zielone, pełne Brazylijczyków z okolicznych miejscowości spędzających tu aktywnie i na sportowo swój wolny czas.

IMG_7027

Joao Pessoa, główne miasto stanu Paraiba. Duże, ponad 800 tys. mieszkańców, choć jak na brazylijskie standardy to wciąż prowincja. Paraiba to bowiem najmniejszy ze wszystkich stanów, a co za tym idzie Joao Pessoa to najmniejsza ze wszystkich stolica. Ładna kolonialna architektura, przemieszana niestety z kiczem i wielką szarą płytą. Bujne życie nocne, szeroki bulwar wzdłuż miejskiej plaży, miasto bardziej amerykańskie niż europejskie, wszędzie daleko. Wszechobecny chaos, fawele na przedmieściach, autobusy miejskie rozklekotane i dość drogie. Dookoła wspaniałe plaże, jeszcze chyba lepsze niż w Pipie, z iście rajską Praia Coquerinho na czele.

Canoa Quebrada to, podobnie jak Jeri, była rybacka wioska, która wraz z dotarciem tam cywilizacji przemieniła się nie do poznania. Broadway (tak, Broadway właśnie) to centralny bulwar z turystycznymi barami, restauracjami i sklepami, pełny ulicznych sprzedawców wszystkiego. Ot takie zakopiańskie Krupówki w wydaniu nadmorskim, gdzie zamiast oscypka można zjeść krewetki czy wędzoną garupę. Dookoła wydmy, klimat pustynny, turyści na quadach i w buggy’ch, a lokalni mieszkańcy okolicznych mniej ucywilizowanych wioseczek na osiołkach. Kaktusy na przemian z kokosowymi palmami. Wieje, mocno wieje, nierzadko także i piaskiem prosto w oczy. Wszędzie kitesurferzy a krajobraz splugawiony przez elektrownie wiatrowe. Następnie byliśmy w Jeri, ale tu rozpisywać się już więcej nie będę…

IMG_8672

… no i Fortaleza, stolica stanu Ceara, duża, ponad 3-milionowa metropolia, wybudowana w iście amerykańskim stylu, z szerokimi alejami oraz wieloma drapaczami chmur. Miasto jak na brazylijskie warunki w miarę czyste, nie mające jednak nic specjalnego do zaoferowania. Stamtąd wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do oddalonego o 1400 km Belem, które to już leży w innej prowincji, więc opowieść o różnorodności na razie na tym zakończę. Para – stan, którego Belem jest stolicą to temat na osobny artykuł, zwłaszcza, gdy chciałoby się opisać jego niezliczone smaki. Tym razem, ograniczę  się jednak do galerii zdjęć, którą, obok tej z Nordeszte, dodaję jak zwykle na końcu tego tekstu, do którego właśnie dobrnąłem.

Końcowe zwierzenia

Cały nasz pobyt w Nordeszte, z zachowaną powyżej chronologią, trwał równe 6 tygodni. Połowę z tego czasu spędziliśmy w Pipie oraz w Jeri, miejscach z pewnością najpiękniejszych, z których również przez to, najtrudniej było nam wyjechać. O Brazylii chcę napisać jeszcze jeden artykuł. W zasadzie jestem już w połowie, ale jest to temat trudny, polityczny i w dodatku piszę go po angielsku. O brazylijskim zróżnicowanym i arcyciekawym społeczeństwie oraz o ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce w tym kraju, gdzie np. jednego dnia na ulicę wyszło prawie 10 milionów ludzi. Ale to nie teraz.

IMG_7918

Teraz o nas, znowu, jak na początku. Panie i Panowie, z radością i przykrością zarazem informujemy Was, iż 30 września 2013 roku samolot relacji Caracas – Madryt – Berlin, z nami na pokładzie (oby!) wyląduje na lotnisku Tegel w Berlinie. Tak, właśnie tak, wracamy z naszej prawie już rocznej wyprawy. Nie, nie zostajemy na stałe w Europie (jeszcze), kupiliśmy bowiem bilet w obie strony. Tak, w obie strony właśnie. I wracamy z przyczyn prostych i przyziemnych – skończyły nam się pieniążki – dudki, diengi,  szmal, siano, kapusta, sałata, pasta, plata czy ecie-pecie jak kto woli. Jesteśmy biedni i mamy długi. Dlatego wracamy. W październiku, listopadzie i grudniu będziemy ładować palety, tudzież zmywać gary lub zamiatać ulice gdzieś w Skandynawii (w Danii pewnie, gdzie już raz sobie jeszcze na studiach dorabialiśmy), by z czystym kontem i pełnymi portfelami, po Świętach z Rodziną powrócić. Powrócić na południowoamerykański kontynent, by odkryć to, czego nie zdążymy odkryć teraz. Do zobaczenia zatem już niebawem, ¡Hasta Luego!

miniaturka_NordEszte

Nordeszte, Brazylia

miniaturka_Belem

Belem, Para, Brazylia

Opublikowano 07_Brazylia | Otagowano , , , , , , , , , , | 4 Komentarze